Dwa tygodnie temu byłam w Göteborgu, pojechałam tam sama pociągiem, przenocowałam w hotelu, a następnego ranka przespacerowałam się kilka przecznic do kliniki leczenia niepłodności. Klinika wyglądała jak wszystkie inne prywatne przychodnie, było tam tylko trochę widniej i ładniej, w recepcji stały juki w wielkich donicach, na ścianach porozwieszano zdjęcia w pastelowych barwach, przedstawiające noworodki z matkami albo ptaki składające jaja. Lekarz nazywał się Ljungstedt i przyjął mnie w gabinecie z widokiem na klub fitness w budynku po drugiej stronie ulicy – przez okna widać było ludzi truchtających po bieżni czy podnoszących ciężary. Doktor Ljungstedt wymawiał moje imię na szwedzką modłę, w jego ustach nie brzmiało jak Ida, bardziej jak Eida czy Yjda, z długim, dobywającym się z tyłu gardła „i”. Cały czas pisał coś na klawiaturze komputera i wcale na mnie nie patrzył. Omówił ze mną szybko cały proces, wyjaśnił, w której fazie cyklu mam zacząć brać hormony i jak przebiega pobranie komórek. Tamtego dnia miał tylko skierować mnie na badania krwi i przeprowadzić badanie ginekologiczne.