Do zachodu słońca pozostało zaledwie kilka godzin. Jeśli nie zacznę wkrótce wracać, ostatnie mile będę zmuszona pokonać po ciemku, co mi się wcale nie uśmiechało. Pamiętałam dobrze ostrzeżenia słyszane od innych myśliwych, ostrzeżenia przed wielkimi wilkami krążącymi po lesie. Całymi stadami wielkich wilków. Do tego jeszcze szeptano po kątach o dziwnych przybyszach kręcących się w okolicy. Wysokich, niepokojąco dziwnych i śmiertelnie groźnych.
„Wszystko, tylko nie czarowny lud” – modlili się myśliwi do naszych dawno zapomnianych bogów. A ja potajemnie przyłączałam się do tych modlitw. Przez osiem lat od naszego przybycia do tej osady, leżącej ledwie dwa dni drogi od granicy nieśmiertelnych ziem Prythianu, szczęśliwie nie nastąpił ani jeden atak. Wędrowni kramarze czasem przynosili opowieści o odległych miastach położonych bliżej granicy, po których zostawały nadpalone drzazgi, popiół i białe kości. Niegdyś takie opowieści słyszało się na tyle rzadko, że starszyzna wioski lekceważyła je i nazywała zwykłymi plotkami. Jednak w ostatnich miesiącach nie było dnia, żeby na targu ktoś nie wspomniał o tym strwożonym szeptem.