Westchnęłam cicho, wbiłam jeden koniec łuku w śnieg i oparłam czoło o wygięte drewno. Bez jedzenia nie przetrwamy kolejnego tygodnia, a zbyt wiele rodzin poszło już na żebry, abym miała szansę wyprosić coś od bogatszych mieszkańców osady. Widziałam na własne oczy, jak wygląda ich szczodrość.
Usadowiłam się wygodniej i uspokoiłam oddech. Wytężyłam słuch, usiłując wyłowić odgłosy lasu wśród zawodzącego wiatru. Chmury nieprzerwanie sypały płatkami śniegu, które wirowały i tańczyły niczym lśniący pył, po czym okrywały brudnoszary świat świeżą bielą. Wbrew sobie, zapominając na chwilę o zdrętwiałych kończynach, wyciszyłam natarczywe i porywcze myśli, aby napawać się widokiem okrytego śnieżnym całunem lasu.