Stilgar wiedział, że jego myśli i emocje są jak światło szperacza. Nie mógł powstrzymać niespokojnego strumienia świadomości. Akurat tym kierowała jakaś wyższa siła. Kierowała Stilgara do tej chwili, w której wyczuwał zogniskowane niebezpieczeństwo. Tu krył się magnes przyciągający sny o potędze z całego wszechświata. Tu kryły się doczesne bogactwa, świecka władza i ów najpotężniejszy ze wszystkich mistycznych talizmanów: boskie źródło religijnej spuścizny Muad’Diba. W tych bliźniętach – Leto i jego siostrze Ganimie – tkwiła przerażająca moc. Dopóki one żyją, Muad’Dib, choć martwy, żyje w nich.
Te dziewięciolatki nie są zwykłymi dziećmi; są żywiołami natury, obiektami czci i strachu. Są dziećmi Paula Atrydy, który został Muad’Dibem, Mahdim wszystkich Fremenów. Muad’Dib wywołał erupcję ludzkości – to z tej planety, niosąc swoją żarliwość, Fremeni runęli przez zamieszkany wszechświat dżihadem, falą religijnego władztwa, które zasięgiem i wszechobecnym panowaniem zostawiło ślad na każdym globie.
„Jednak dzieci Muad’Diba są tylko ludźmi – pomyślał Stilgar. – Wystarczyłoby dwa razy pchnąć nożem, żeby wyciekło z nich życie. Ich woda wróciłaby do plemienia”.