W krnąbrnym umyśle Fremena aż się zagotowało od tego pomysłu.
„Zabić dzieci Muad’Diba!”
Ale Stilgar z wiekiem nauczył się orientować w meandrach własnej świadomości. Znał pochodzenie tej strasznej myśli. Przychodziła od lewej dłoni przeklętego, nie od prawej błogosławionego. Ajat i burhan życia nie miały dla niego wielu tajemnic. Dawniej był dumny, mieniąc się Fremenem, mając pustynię za przyjaciółkę i nazywając w myślach swoją planetę Diuną, a nie Arrakis, jak oznaczano ją na wszystkich gwiezdnych mapach Imperium.
„Jakie proste było wszystko, kiedy nasz mesjasz był tylko marzeniem. Odnalazłszy naszego Mahdiego, otworzyliśmy wszechświat na chmarę mesjanistycznych rojeń. Teraz każdy lud zniewolony dżihadem marzy o nadejściu przywódcy. – Zerknął w głąb ciemnej sypialni. – Czy gdyby mój nóż uwolnił tych wszystkich ludzi, uczyniliby mnie mesjaszem?”
Leto niespokojnie wiercił się na posłaniu.
Fremen westchnął. Nie poznał dobrze dziadka chłopca, po którym ten nosił imię. Ale wielu mówiło, że moralna siła Muad’Diba tam właśnie miała swoje korzenie. Czy owa przerażająca prawość ominie teraz pokolenie? Nie znajdował odpowiedzi na to pytanie.