Kommandant spojrzał na mnie, zaskoczony moim tonem: młoda kobieta wkraczająca sklepionym przejściem na podwórze, z uczepionym spódnicy dzieckiem ssącym kciuk i drugim, owiniętym w szal, przy piersi. Czepek miałam lekko przekrzywiony, a nocną koszulę tak znoszoną, że ledwie czułam na skórze jej tkaninę. Modliłam się w duchu, żeby mężczyzna nie usłyszał, jak głośno wali mi serce.
Zwróciłam się do niego wprost:
– Za jakież to domniemane wykroczenie pańscy ludzie przyszli ukarać nas tym razem?
Domyślałam się, że żadna kobieta nie zwróciła się do niego w taki sposób, odkąd wyjechał z domu. Ciszę, która zapadła na dziedzińcu, przepełniało zdumienie. Mój brat i siostra, oboje na ziemi, odwrócili się, by lepiej mnie widzieć, aż nadto świadomi tego, dokąd może zaprowadzić nas wszystkich moja niesubordynacja.
– A pani to…?
– Madame Lefèvre.
Widziałam, że wzrokiem szuka na moim palcu obrączki. Niepotrzebnie: podobnie jak większość kobiet z okolicy dawno ją sprzedałam, żeby mieć na jedzenie.