Prolog
Stara kobieta popatrzyła na nią, a potem uśmiechnęła się i jej twarz pokryła się tysiącem zmarszczek. Leah pomyślała, że musi mieć co najmniej ze sto pięćdziesiąt lat. Wszystkie dzieci w szkole mówiły, że to czarownica, i pohukiwały jak puszczyki, mijając jej rozpadającą się chatę, kiedy po lekcjach wracały przez miasteczko do domu. Dla dorosłych była „starą Megan”, która zbierała ranne ptaki i leczyła ich połamane skrzydła swoimi ziołowymi miksturami. Niektórzy twierdzili, że to wariatka, inni – że ma dar leczenia i dziwne nadnaturalne zdolności.
Matce Leah było jej żal.
„Biedna starowinka – mawiała – sama jedna w tej wilgotnej, brudnej chatce”.
A potem przykazywała córce, żeby wzięła kilka jajek z kurnika i zaniosła je Megan.
Leah zawsze pukała do zniszczonych drzwi chaty z bijącym ze strachu sercem. Zwykle Megan uchylała je powoli, wyglądała ostrożnie i szybko zabierała od niej jajka, kiwając głową. Drzwi się zamykały, a Leah pędziła do domu, ile sił w nogach.
Tego dnia jednak, kiedy zapukała, drzwi otworzyły się dużo szerzej, tak że Leah mogła dostrzec, co jest za plecami Megan w mrocznej głębi chaty.
Stara kobieta się w nią wpatrywała.