I wystarczało, aby wymówiła słowa: „Lulinn” i „Insterburg”, a ogarniała ją ogromna tęsknota. Wydawało jej się wtedy, że nie zniesie Berlina ani sekundy dłużej. Była oczywiście związana z tym miastem, mieszkała w nim, pracowała, miała tam mnóstwo przyjaciół, ale Lulinn… to coś zupełnie innego. Lulinn to latem pola zbóż sięgające widnokręgu, zimą grube śniegowe poduchy na wierzbowych płotach, jesienią krzewy czarnych jagód w lasach i zapach grzybów oraz klucze dzikich gęsi na niebie, zwiastujące rychłą wiosnę. Lulinn to potężne dęby i dziki łubin, szaroniebieskie cienie lasu na horyzoncie, ciężka woń jaśminu i zapach świeżego chleba z kminkiem, docierający z kuchni w suterenie. To także wspaniały, barwny ogród różany przed wejściem oraz stukot drewnianych chodaków, kiedy dziewki oraz parobcy wczesnym świtem przychodzili do pracy we dworze, to szum liści drzew owocowych w ogrodzie i wspaniałe, białe jak śnieg pierzyny, które zawsze tak cudownie pachniały, bo Jadzia, polska gospodyni, suszyła lnianą pościel na zewnątrz i dlatego nabierała ona zapachu kwiatów i ziół.