Mieszkańcy Doliny bardzo wzięli sobie do serca maksymę: „praca do granic, zabawa bez granic”. Od dwudziesto-, trzydziesto-, czterdziesto- i pięćdziesięciolatków oczekiwano, że będą pracować na „nocki”. Boksy zamieniono w tymczasowe domy, zaniedbywano higienę osobistą. O dziwo, zrobienie „Czegoś z Niczego” wymagało sporo pracy. Gdy jednak nadchodziła pora rozprężenia, pojawiał się cały wachlarz opcji rozpusty. Najgorętsze firmy i ówczesne spółki mediowe wydawały się walczyć ze sobą o to, kto organizował najlepsze imprezy. Starsi gracze, próbujący dotrzymać im tempa, regularnie wynajmowali powierzchnie w halach koncertowych, a potem zamawiali tancerki, akrobatów, otwarte bary i Barenaked Ladies. Młodzi naukowcy pojawiali się, by zalać pod kurek Jacka z colą i wciągnąć kokę w toi toiach. W tamtych czasach sens miały jedynie chciwość i egoizm.
Choć czasy pomyślności zostały dobrze udokumentowane, następująca po nich epoka kryzysowa była zadziwiająco ignorowana. Zabawniej jest wspominać irracjonalny entuzjazm niż bajzel, jaki po nim pozostawiono.