Chwilę zajęła mi zmiana tematu z ponurej rozmowy o sztucznej inteligencji i powrót do rzeczy. A potem, gdy znów wróciliśmy do dyskusji o książce, Musk zaczął mnie badać, sprawdzając moje motywy i zamiary. Gdy wreszcie pojawił się właściwy moment, wkroczyłem i przejąłem inicjatywę. Nieco adrenaliny opadło i zmieszało się z ginem, a ja rozpocząłem czterdziestopięciominutowe kazanie o powodach, dla których Musk powinien pozwolić mi zagłębić się w swoje życie, i to bez kontroli, jakiej pragnął w zamian. Tyrada koncentrowała się na nieodłącznych ograniczeniach adnotacji, finalnej prezentacji Muska jako osoby z obsesją kontroli oraz naruszeniu mojej integralności dziennikarskiej. Ku mojemu wielkiemu zdziwieniu Musk przerwał mi po kilku minutach, mówiąc po prostu: „W porządku”. Jedną z rzeczy, jaką ceni u innych, jest determinacja, a szanuje niezwykle tych, którzy uparcie trwają przy swoim mimo odmowy. Dziesiątki dziennikarzy prosiło go wcześniej o pomoc przy książce, ale tylko ja byłem na tyle wkurzającym kretynem, by wiercić mu dziurę w brzuchu pomimo początkowej odmowy, a jemu się to najwyraźniej podobało.