Doktor chwycił go pod brodę i przeciągnął palcem po dwudniowym nierównym i słabiutkim zaroście. Obmacał skrupulatnie węzły chłonne, potem zaś jego śmiałe palce opukały plecy, wydobywając stamtąd głuchy dźwięk, dudnienie jak z podziemi. Robił to bardzo starannie, centymetr po centymetrze, niczym saper szukający ukrytej bomby. Wszystko to trwało z pół godziny, aż wreszcie doktor westchnął i kazał mu się ubrać. Dopiero teraz sięgnął po list. I odezwał się, spoglądając znad metalowych oprawek swoich okularów:
– Phthisis. – Brzmiało to tak, jakby zagwizdał. – Tuberculosis, gruźlica, a dziś mówi się modnie: Morbus Koch. To wszystko pan wie, młody człowieku, prawda?
Wojnicz dopiął guziki koszuli i potakująco pokiwał głową.
– Niezbyt zaawansowana, powiem szczerze. Ot, coś małego, ziarenko czegoś. „Phthisis” znaczy rozpad, wie pan? – Wymówił to słowo, „Zerfall”, z wyraźną przyjemnością, akcentując „r”. – Lecz my tutaj radzimy sobie z rozpadem.