Empuzjon
Olga Tokarczuk — Literatura piękna

Dok­tor chwy­cił go pod bro­dę i prze­cią­gnął pal­cem po dwu­dnio­wym nie­rów­nym i sła­biut­kim za­ro­ście. Ob­ma­cał skru­pu­lat­nie wę­zły chłon­ne, po­tem zaś jego śmia­łe pal­ce opu­ka­ły ple­cy, wy­do­by­wa­jąc stam­tąd głu­chy dźwięk, dud­nie­nie jak z pod­zie­mi. Ro­bił to bar­dzo sta­ran­nie, cen­ty­metr po cen­ty­me­trze, ni­czym sa­per szu­ka­ją­cy ukry­tej bom­by. Wszyst­ko to trwa­ło z pół go­dzi­ny, aż wresz­cie dok­tor wes­tchnął i ka­zał mu się ubrać. Do­pie­ro te­raz się­gnął po list. I ode­zwał się, spo­glą­da­jąc znad me­ta­lo­wych opra­wek swo­ich oku­la­rów:

– Phthi­sis. – Brzmia­ło to tak, jak­by za­gwiz­dał. – Tu­ber­cu­lo­sis, gruź­li­ca, a dziś mówi się mod­nie: Mor­bus Koch. To wszyst­ko pan wie, mło­dy czło­wie­ku, praw­da?

Woj­nicz do­piął gu­zi­ki ko­szu­li i po­ta­ku­ją­co po­ki­wał gło­wą.

– Nie­zbyt za­awan­so­wa­na, po­wiem szcze­rze. Ot, coś ma­łe­go, zia­ren­ko cze­goś. „Phthi­sis” zna­czy roz­pad, wie pan? – Wy­mó­wił to sło­wo, „Ze­rfall”, z wy­raź­ną przy­jem­no­ścią, ak­cen­tu­jąc „r”. – Lecz my tu­taj ra­dzi­my so­bie z roz­pa­dem.