Rajmund zniknął, gdy tylko podprowadził Wojnicza pod właściwe drzwi w szerokim korytarzu. Teraz przejęła Mieczysława pielęgniarka, której oczy podkreślała czerwona opuchlizna. Krótki uprzejmy uśmiech odsłonił na chwilę jej duże, zażółcone zęby, które kolorystycznie współgrały z przetartą pozłotą zegarka na łańcuszku przypiętym do fartucha. Nad kieszonką miała wyhaftowane imię i nazwisko: Sydonia Patek.
Wojnicz musiał swoje odsiedzieć w poczekalni gabinetu doktora, który jeszcze nie wrócił z obchodu. Palce jego sięgnęły więc po wyłożone dla pacjentów czasopisma ilustrowane, ale oczy nie znalazły w nich uspokojenia; nie mogły się skupić na szwabasze. Ku swojemu zaskoczeniu Wojnicz znalazł jednak gazetkę po polsku i wzrok cudownie od razu zrelaksował się na wyrazach ojczystego języka: