Hallbjørn Olsen spojrzał na wyświetlacz na desce rozdzielczej. Trzy stopnie, jak zwykle. Miał wrażenie, że temperatura ustaliła się na najbliższe cztery miesiące. Dopiero w kwietniu drgnie o dwie, może trzy kreski, aby w szczycie sezonu turystycznego dojść do trzynastu. Liczba pechowa, ale nie tutaj – bo tutaj oznaczało to, że przyjezdni będą zadowoleni. Być może nawet pojawi się ich trochę więcej i Hallbjørn dostanie zastrzyk gotówki.
Poza sezonem Olsen żył z zajęć dorywczych, takich jak dzisiejsze zreperowanie okiennic u starszej kobiety w porcie. Znał ją od dawna, jak wszystkich w Vestmannie, o co nietrudno było w miasteczku, które zamieszkiwało niewiele ponad tysiąc mieszkańców. Wynikał z tego pewien problem, bo część jego klientów oczekiwała, że wykona robotę za darmo lub półdarmo. Staruszka także. Wręczyła mu siedemdziesiąt koron i zaproponowała skerpikjøt – Olsen zapłatę przyjął, ale baraniny odmówił. Pod koniec miesiąca naje się jej tyle, że będzie miał dosyć na cały rok.