Siedział w samochodzie, myśląc o tym, że będą to trzecie święta bez żony. Radził sobie nie najgorzej, biorąc pod uwagę, że samotnie wychowywał szesnastoletnią Ann-Mari. Wprawdzie na fali zauroczenia Ameryką córka zamiast „tato” mówiła do niego „Hal”, ale zawsze mogło być gorzej.
Nagle rozległo się pukanie w szybę od strony pasażera i Hallbjørn drgnął. Spojrzał w prawo i zobaczył koleżankę Ann-Mari, której imienia nie mógł sobie przypomnieć. Nachylała się do okna i uśmiechała do niego.
Hallbjørn opuścił szybę.
– Wszystko w porządku, panie Olsen? – zapytała dziewczyna.
Potrząsnął głową. Nic nie było w porządku.
– Tak – odparł.
– A wygląda pan, jakby coś się stało. Albo miało stać.
– Słucham?
Dziewczyna rozejrzała się, rozkładając ręce.
– No wie pan – powiedziała. – Siedzi pan sam w samochodzie, jest już ciemno, można by pomyśleć, że pan na kogoś czyha. – Zaśmiała się.