Druga wojna światowa była oczywiście bardzo ważnym tematem w mojej karierze historyka. A opinię na temat i Stalina, i Hitlera wyrobiłem sobie już dawno temu. Jako tak zwany ekspert do spraw Europy Wschodniej wiedziałem, że walki na froncie wschodnim były bez porównania cięższe i bardziej rozległe niż wszystko, co działo się na Zachodzie. Wiedziałem również, że reżim stalinowski był potwornym tyranem i że – podobnie jak hitleryzm – dopuszczał się masowych morderstw i utrzymywał obozy koncentracyjne, hołdując fanatycznej ideologii i wyznając niemal całkowitą pogardę dla ludzkiego życia. Poza tym prawie codziennie natrafiałem na coś, co mi przypominało o wyraźnym braku równowagi w postawach opinii publicznej wobec tych dwóch totalitaryzmów. „Zwolennicy hitleryzmu” tracili pracę, a „kłamców oświęcimskich” stawiano przed sądem. Apologetów Związku Sowieckiego i takich, którzy przeczyli istnieniu gułagów, można było spotkać w większości instytutów naukowych. Argument brzmiał: „Mają prawo do swoich z lekka ekscentrycznych poglądów” albo „Są wprawdzie lewicowi, lecz absolutnie przyzwoici”.