Fakty muszą zatańczyć
Mariusz Szczygieł — Literatura

Zaczęło się od donosu.

Zdałem do ósmej klasy, kiedy rodzice podarowali mi aparat fotograficzny Smiena. Z wysokości dwudziestu trzech metrów, czyli z Baszty Kowalskiej w Złotoryi, chciałem sfotografować moje miasteczko. Pan, który wpuszczał na górę, sprzedał mi bilet, a za wniesienie aparatu zażądał dodatkowej opłaty – jednak nie dał pokwitowania. Po powrocie do domu wysmażyłem list do legnickiego tygodnika „Konkrety” z donosem, że pan na baszcie mnie oszukał.

Pewien zapomniany niemiecki autor pisał o „ataku bytu”, na który poeta odpowiada „atakiem języka”. Nie byłem poetą, byłem zaledwie skarżącym się podrostkiem, lecz oto we własnym mniemaniu po raz pierwszy dokonałem uporządkowania świata. Z osoby bezkształtnej, mimo że poprosiłem redakcję o niepodawanie mojego nazwiska, przeobraziłem się w kogoś o wyraźnie zarysowanym kształcie. Przestałem być jedynakiem maminsynkiem.

List ukazał się w kolejnym tygodniu. Miał podpis „N.N. (nazwisko znane redakcji)”. Byłem bardzo podekscytowany.