Prolog
Zdjęty lękiem patrzył na swój dom. Upiorna chałupa stała tam, gdzie zawsze. Trochę na uboczu, za ciągiem garaży, przy zjeździe w gęstwinę, wcale nie tak daleko od torów kolejowych z jednej i świeżo wybudowanego osiedla bloków z drugiej strony. Bezlistne pnącza winobluszczu oplatały ją niczym utkany przez pająka kokon. Zdawały się trzymać w szponach całą konstrukcję, rozsypujący się komin i pokryte szronem okna, płot, na którym przesiadywały kruki i wrony, a nawet stracha na wróble, który straszył jedynie dzieci sąsiadów. Obejście spowijała gęsta mgła, w oddali szczekał pies. W izbie tańczyły płomienie świec.
Chłopiec mocniej chwycił palec opiekunki.
– Cieszysz się? – zapytała, kucając obok niego.
Pokręcił głową. Pociągnął nosem. Miał na sobie grubą kurtkę zapinaną na guziki, wysokie buty z kożuszkiem, wełnianą czapkę i gruby szalik, na dłoniach rękawiczki z jednym palcem. I wcale się nie cieszył.
– Twój ojciec już cię nie skrzywdzi. Odszedł. – Kobieta posłała chłopcu oszczędny uśmiech. Poprawiła mu zachodzącą na oczy grzywkę, pstryknęła go w nos. – Jesteś urodzonym szczęściarzem. Nie zapominaj o tym.