Głos Pana
Stanisław Lem — Klasyka science fiction

Lecz hi­sto­ria Pro­jek­tu Ma­ster’s Vo­ice jest dzie­ja­mi klę­ski, to zna­czy błą­dze­nia, po któ­rym nie na­stą­pi­ło wy­pro­sto­wa­nie dro­gi, więc nie wol­no prze­kre­ślać unie­waż­nia­ją­co owych zyg­za­ków na­sze­go po­cho­du, po­nie­waż oprócz nich nie po­zo­sta­ło nam nic.

Od wy­da­rzeń tych upły­nę­ło spo­ro cza­su. Dłu­go cze­ka­łem na książ­kę taką jak ta wła­śnie. Dłu­żej cze­kać – z przy­czyn czy­sto bio­lo­gicz­nych – nie mogę. Dys­po­no­wa­łem pew­ną ilo­ścią no­ta­tek spi­sa­nych tuż po za­mknię­ciu Pro­jek­tu. To, cze­mu nie pi­sa­łem ich w trak­cie prac, wy­ja­śni się póź­niej. Jed­no chciał­bym po­wie­dzieć wy­raź­nie. Nie mam za­mia­ru wy­no­sze­nia się po­nad mo­ich to­wa­rzy­szy. Sta­nę­li­śmy u pod­nó­ża ol­brzy­mie­go zna­le­zi­ska tak nie­przy­go­to­wa­ni, a za­ra­zem tak pew­ni sie­bie, jak to tyl­ko być może. Ob­leź­li­śmy je na­tych­miast ze wszyst­kich stron, by­stro, łap­czy­wie i zręcz­nie, z tra­dy­cyj­ną wpra­wą, jak mrów­ki. By­łem jed­ną z nich. To jest hi­sto­ria mrów­ki.