Nad majaczącym z boku łęgowym lasem wschodził księżyc. Rozmazany mgłą krąg tuż przed pełnią. Mieszko odruchowo zdjął kaptur z głowy i pokłonił się. Spiął konia, miał mało czasu. Nim zapadł mrok, usłyszał ujadanie psów. Gród był blisko. Prowadziło go chłodne światło Księcia Nocy.
Jastrząb siedzący na ramieniu Mieszka przeszedł po twardej skórze rękawicy na drzewce wypalonej pochodni. Poruszył skrzydłami, by je ułożyć. Nie zaskrzeczał.
Urdis stała nago zwrócona twarzą do paleniska. Robiła to często, jakby chciała przyjąć w siebie ciepło płomieni. Dotknął jej pleców. Drgnęła, ale się nie odwróciła. Uniosła ramiona i wyjęła z włosów szpilę. Ciężkie sznury warkoczy leniwie zsunęły się z głowy na plecy. Wsunęła w nie palce i niespiesznym, bezwiednym ruchem zaczęła je rozplatać. Stał za nią i oddychał coraz szybciej. Syknęła i szarpnęła włosy. Chwycił ją za dłoń i przytrzymał. Srebrna spirala jej pierścienia wplątała się w kosmyk włosów. Przybliżył się o krok.
— Muszę zdjąć ci pierścień — szepnął jej do ucha. W nozdrzach poczuł woń jej włosów.
— Nic więcej na sobie nie mam — odpowiedziała, odchylając głowę w tył i opierając na jego piersi.