Pasmo po paśmie wyplątywał włosy z klejnotu, który założył jej na palec kilka lat wcześniej. Kiedy skończył, Urdis się odwróciła, przekładając długie pasma włosów z pleców na piersi. Gdzieś niedaleko, za grubą ścianą dworzyska rozszczekały się psy. W oddali wyciem odpowiedziały im wilki.
— Zdejmiesz żelastwo? — zapytała, poruszając nosem. — Nie jestem córką kowala, żeby cię rozkuwać.
Mówiła to za każdym razem i zawsze rozśmieszało go tak samo. Zrzucił kolczugę, która opadła na ziemię z metalicznym chrzęstem. Zdjął skórzany kaftan. Koszulę. Zastygł na chwilę, napawając się ciepłem płomieni na gołej skórze. Wzruszyła ramionami i poszła do łoża. Niedźwiedzia skóra tłumiła jej kroki.
— Pospiesz się — usłyszał po chwili. — Zawsze muszę na ciebie czekać.
— To już ostatni raz — powiedział, patrząc jak kropla żywicy z sykiem skacze po płonącym polanie. — Obiecuję.
— Nie obiecuj mi nic, czego nie możesz spełnić tej nocy — szepnęła, wyciągając po niego ręce.