Zapragnął tego tamtej sobótkowej nocy, gdy zabrał Dobrawę na przejażdżkę. Porwał ją z podwórca przed palatium, wciągnął na siodło, jakby była zwykłą panną, a nie panią żoną, księżną. Trzymał przed sobą w ramionach; zapadał zmierzch. Ciepła noc po upalnym dniu. Las, do którego konno uciekli przed wszystkimi i wszystkim. Gdzieś w oddali słychać było śmiechy dziewcząt i śpiew chłopców, migały płomienie sobótkowych ognisk. Na niebie księżyc w wielkiej, bezwstydnej pełni. Znalazł ustronną polanę, miękką od mchów. Podścielił jej pod plecy swój płaszcz. Całował jej piersi, a ona szeptała: „Nasze życie zaczyna się i nie kończy nigdy, rozumiesz? Nawet po śmierci nie rozłączymy się ze sobą, jeśli uwierzysz, jeśli tylko tego zapragniesz”. Tamtej nocy pragnął, ale nie wieczności, lecz jej. Jasnych dłoni, drobnych piersi i tego szeptu, którym trzymała go na wodzy. A potem leżeli, stygnąc, i patrzyli w bledniejące gwiazdy. Słowiki zamilkły, w lesie zapadła cisza. Dobrawa leżała w jego ramionach i szepnęła: „Mieszko, książę leśnych polan”.
Teraz książę spojrzał na żonę. Zarumieniła się.
Pamięta! — pomyślał i okrył się płaszczem.
— Alleluja — zaśpiewali diakoni.