— Dokonało się! Nie jestem niczyj! Jestem Twój! — krzyczał Mieszko, obracając się na wszystkie strony. — Twój!
Odeszła pustka z jej przerażającą ciszą. Wypełniało go światło; rozpierało mocą, która pchała go, dając poczucie siły.
— Mogę chodzić po wodzie! — krzyknął i złapał Jordana za ramiona. — Mogę!
Kapłan zamrugał. Woda zmoczyła mu szaty i ciężki od niej płaszcz wyraźnie przeszkadzał Jordanowi.
— Możesz — przytaknął niepewnie, jakby się bał czegokolwiek mu zabronić — ale możesz też tego nie robić… Dokończmy obrzęd. — Mówił do niego spokojnie jak do dziecka. — Wyjdź na brzeg…
Mieszko nie wyszedł; wybiegł, rozpryskując wodę. Diakoni natychmiast okryli jego nagość lśniąco białą szatą. Przyklejała się do mokrej skóry. Dobrawa spod baldachimu wpatrywała się w jego piersi, do których przylgnął materiał. Śmiał się do niej, błyszczały mu białka oczu i zęby. Służba pomogła Jordanowi wyjść na brzeg.
— Od tej chwili życie wieczne stało się twoim udziałem — powiedział, stanąwszy przed Mieszkiem.
— Biorę je! — wyrwało się Mieszkowi. — Tak! Nie chcę umierać! Chcę żyć wiecznie!