Raz nafaszerowałam się lekami, ale zaraz potem rzygałam jak kot. Innym razem próbowałam podciąć sobie żyły, ale efekt był mizerny – poraniłam się tylko i w lecie musiałam nosić bluzki z długim rękawem. Kilkakrotnie próbowałam ze sobą skończyć na dworcach kolejowych, ledwo jednak przekroczyłam linię na peronie, cofałam się. Nawet dzieciaki rzucające sobie nawzajem wyzwanie wychodziły dalej.
W końcu musiałam uznać to, co oczywiste – nie potrafiłam nawet się zabić.
Była to jedna z wielu dojmujących myśli, które latami nie dawały mi spokoju. Od pewnego czasu udawało mi się jednak jakoś sobie z nimi radzić. Głównie dzięki mojemu mężowi.
Igor potrafił do mnie przemówić jak nikt inny, chociaż najczęściej tak naprawdę nie musiał nawet się odzywać. Wystarczało, że był. Tej nocy go zabrakło, a ja byłam zdana wyłącznie na siebie.
Efekt? Pościel i piżama do prania, pokój do wietrzenia, a psychika do wymiany.
W tej ostatniej kwestii niewiele mogłam zdziałać, ale za dwie pierwsze zabrałam się już z samego rana. Ledwo ściągnęłam poszewkę z kołdry, rozległ się metaliczny świergot z mojej komórki. Sięgnęłam po nią, przekonana, że Igor przysłał mi esemesa.