U kolan Prim siedzi najbrzydszy kot świata, jej strażnik. Ma zmiażdżony nos i oczy w kolorze gnijącego kabaczka, brak mu połowy ucha. Prim nazwała go Jaskier, bo się upiera, że jego brudnożółte futro ma taki sam kolor jak ten kwiatek. Jaskier mnie nie cierpi, a przynajmniej mi nie ufa. Minęło wiele lat, ale chyba pamięta, że próbowałam zafundować mu śmierć w wiadrze pełnym wody, kiedy Prim przyniosła go do domu – zabiedzonego, zapchlonego kociaka o zarobaczonym i spuchniętym brzuchu. Tylko tego mi brakowało, jeszcze jednej gęby do wykarmienia. Prim jednak tak bardzo błagała, a nawet płakała, że musiał zostać. Właściwie dobrze się stało, mama wyleczyła go z pasożytów i zrobił się z niego zawołany myśliwy. Poluje na myszy, czasem nawet zdoła dopaść szczura. Bywa, że gdy patroszę łupy, rzucam mu podroby. Przestał na mnie prychać.
Są podroby – nie ma prychania. Na cieplejsze relacje oboje nie mamy co liczyć.