Prokurator uniósł bezsilnie wzrok, choć powinien już dawno przywyknąć do tego, że Edling nigdy nie uchybi regułom savoir-vivre’u. Prawdopodobnie nawet, gdyby kończył się świat, Gerard w porę zdążyłby należycie pożegnać się ze wszystkimi.
– Wieczór nie był dobry – odparł Domański. – A noc zapowiada się jeszcze gorzej.
– Dla ciebie czy dla mnie?
– Dla nas obydwu – rzucił pod nosem Konrad i zajrzał do mieszkania. Od razu dostrzegł kieliszek z resztką czerwonego wina. – Dużo wypiłeś?
– Odpowiednio, by poznać finisz, ale jeszcze nie na tyle, by wykryć wszystkie nuty smakowe. Dekantacja trwa dłużej, niż…
– Jesteś trzeźwy czy nie, Gerard?
– Zależy, jaką miarę przyjmiemy. Poza tym przerwałeś mi w połowie zdania.
Domański pokręcił głową z jeszcze większą frustracją.
– Sprawa ci to przyjemność, prawda? – zapytał.
– Bynajmniej.
– Mniejsza z tym – rzucił prokurator, a potem wskazał Edlingowi płaszcz wiszący w niewielkim przedpokoju. – Wkładaj to i chodź ze mną.
– Dokąd?
– Na Silesię.
Gerard uniósł pytająco brwi.
– Kąpielisko przy Luboszyckiej – dorzucił Konrad. – To, na którym woda jest tak przezroczysta, jak na tropikalnej lagunie. Na Boga, ja nie jestem stąd, a od razu wiedziałem, o co chodzi.