– Pewnie żadnego. – Zaskoczona słyszę własny szept: – Kwiaciarnia Lily Bloom. – Widzę, że lekko się uśmiecha. – To naprawdę wymarzone nazwisko dla kwiaciarki. Ale mam dyplom z zarządzania. Zajmowałabym się czymś poniżej swoich możliwości, nie uważasz? Pracuję dla największej firmy marketingowej w Bostonie.
– Prowadzenie własnego przedsiębiorstwa nie jest pracą poniżej swoich możliwości – odpowiada.
Unoszę brew.
– Chyba że przedsiębiorstwo splajtuje.
Kiwa głową.
– Chyba że splajtuje – przyznaje. – A jak masz na drugie, Lily Bloom?
Wydaję z siebie jęk, a on nadstawia uszu.
– Chcesz powiedzieć, że jest jeszcze gorzej?
Chowam twarz w dłoniach i kiwam głową.
– Rose?
Zaprzeczam.
– Gorzej.
– Violet?
– Chciałabym. – Krzywię się, a potem mamroczę: – Blossom**.
Na chwilę zapada cisza.
– O rany – mówi cicho.
– No. Blossom to panieńskie nazwisko mojej matki i rodzice uznali, że synonimiczność ich nazwisk to przeznaczenie. Więc kiedy się urodziłam, oczywiście od razu pomyśleli o jakimś kwiatku.
– Twoi rodzice muszą być strasznymi dupkami.
Jedno z nich jest. Było.
– Ojciec umarł w tym tygodniu.
Spogląda na mnie.
– Jasne. Nie dam się nabrać.