Ostatnie zdanie wróciło do niego, gdy pociąg hamował na stacji. Dwa listy od matki spoczywały bezpiecznie w kieszeni, przetarte w miejscach zgięcia papieru od wielokrotnego składania i rozkładania. Gdy wychodził z wojska, większość rzeczy rozdał albo wyrzucił, ale te dwa listy zatrzymał, bo właśnie w nich znajdowało się coś, na co zwrócił uwagę.
Karol Fiszel chwycił plecak i wyskoczył na peron. Pociąg pojechał dalej, a chłopak odszukał wzrokiem kobietę, która kołysząc szerokimi biodrami, szła w jego stronę.
Objęli się na powitanie.
– I jak tam, synuś, nie dawali ci jeść w tym wojsku, co? Schudłeś, biedactwo, ale zaraz cię nakarmimy, zrobiłam na obiad...
– Mamo.
– No?
– Trzy lata temu napisałaś do mnie, że dwie osoby powiesiły się na Drugich Szopienicach. A w sierpniu wspomniałaś, że była jeszcze trzecia.
– Nie powinnam pisać o takich rzeczach, tylko się potem zamartwiasz.
– To ile tych osób w końcu się powiesiło?
Uciekła spojrzeniem w bok. Minęli już kasy biletowe przy przejściu podziemnym i zmierzali w stronę ulicy Wiosny Ludów.
– Mamo.
– Cztery. Cztery osoby się powiesiły. Sami chłopcy w twoim wieku, synuś.