Nakryła głowę kołdrą. Na nic się to zdało, bo choć oczy miała zamknięte i tak widziała Mańkę, która zatrzymała się właśnie nad puchowym kopcem, niestanowiącym w tych okolicznościach żadnej obrony. Z Mańką się nie walczyło, jej należało się poddać. Z prostej przyczyny – przyjaciółka szła przez życie jak taran i nie zważała na nikogo, a zwłaszcza na tych, którzy chcieli jej tę wędrówkę utrudnić. Lepiej było być Mańki sprzymierzeńcem.
Cisza się skończyła. Już słyszała podniesiony ton głosu przyjaciółki.
– Masz szczęście, że nacisnęłaś w końcu ten pieprzony guzik domofonu, bo gdybyś tego nie zrobiła, jak nic wezwałabym straż pożarną i weszłabym tu przez okno w asyście speca od operowania długim wężem zakończonym sikawką!
Mańka mówiła szybko. W jej głosie można było usłyszeć niewielkie zdenerwowanie. Niewielkie, póki co.
– Wyłaź spod tej kołdry! – Głos przyjaciółki bez problemu przedarłby się przez solidniejszą zaporę.
– Nie! – sprzeciwiła się ciszej, niż zamierzała.