Kasprowy
Remigiusz Mróz — Kryminały

Forst odsunął od siebie te pytania i popędził prosto do najbliższej podpory. Ledwo do niej dopadł, chwycił za stalową konstrukcję niczym za szczebel drabiny i podciągnął się mocno. Nawet nie zerknął, jak najbezpieczniej wejść na górę.

– Niech pan, kurwa, uważa – rzuciła Ewelina, z trudem łapiąc powietrze.

Wiktor wypatrzył drabinę techniczną wiodącą na szczyt. Była dłuższa niż jakiekolwiek żelastwo na szlakach, a sama podpora wybijała się na jakieś dwieście metrów. Kawał drogi do przejścia. Drogi niemożliwej do przebycia dla kogoś z lękiem wysokości, szczególnie że tuż obok rozciągała się najeżona głazami przepaść.

A jednak Forst szybko pokonywał kolejne metalowe stopnie, czując się jak niegdyś na Giewoncie. Bez żadnej asekuracji wspiął się na górę, potem zrzucił plecak i wyciągnął z niego rękawice. Umocował go na metalowym szkielecie i powiódł wzrokiem po linach rozciągających się od jednej podpory do drugiej.

Mniej więcej na środku, tuż nad przepaścią, wisiał wagon.

Forst otarł pot z czoła, poprawił rękawice, a potem chwycił za podwójne liny nośne, nad którymi wisiała jedna grubsza, ciągnąca ważący bez mała dziesięć ton pojazd. Stanął na dolnych.