Z Wiktorem na ten temat nie było sensu rozmawiać, nie orientował się. Poszedłby zresztą na wszystko, na co chciałyby iść dzieci. Wydawało się, że do szczęścia potrzeba mu jedynie tego, by to one były szczęśliwe.
Wadryś-Hansen wciąż nie mogła uwierzyć, że to wszystko dzieje się naprawdę – że razem mieszkają, że tworzą jeden organizm. Rodzinę.
To, co wcześniej rozrzucone, poukładało się w tak niewymuszony i naturalny sposób, że wydawało się to wprost nierealne. A jednak było prawdziwe. Właściwie nic w jej życiu dotychczas nie było tak prawdziwe jak to, co wspólnie tworzyli.
Obawiała się, że Forstowi będzie brakowało służby. Mimo tego, co przeszedł na Zawracie, mimo deklaracji, że nie zamierza opuszczać Krakowa. Początkowo była pewna, że tylko kwestią czasu jest, nim poszuka powrotu do jedynego świata, jaki znał.
Z biegiem czasu jednak zrozumiała, że Wiktor po raz pierwszy czuje się naprawdę na miejscu. Dotarło do niej, że to nie on potrzebował Tatr, ale Tatry jego. A oddał im już tyle, że więcej z pewnością nie musiał.