Zerknęła na zdjęcie całej trójki, które stało na jej biurku. Zrobiła je kilka tygodni temu w N’Pizzy przy Rajskiej, całkowicie z zaskoczenia, łapiąc Ingę i Olafa, kiedy przypuszczali atak na talerz Wiktora, by pomóc mu z jego daniem. Osaczony z obydwu stron, tylko bezradnie się uśmiechnął.
Niegdyś rzadki widok, teraz coraz częstszy.
Wysłała to zdjęcie informatykowi w prokuraturze, poprosiła o wysokiej jakości wydruk, a potem umieściła w ramce na biurku. Niby prozaiczna rzecz, ale od kiedy znalazła się w tym miejscu, Dominice łatwiej było funkcjonować na co dzień bez trójki ludzi, którzy wypełniali jej jestestwo.
To dzięki nim w pewnym momencie zorientowała się, jak dalece zmieniły się jej priorytety. Kiedyś praca, określana przecież przez nią dość pompatycznie służbą Rzeczypospolitej, była najważniejsza. Ujęcie tych, którzy krzywdzili innych, powstrzymanie tych, którzy próbowali to zrobić, czy w końcu zniechęcenie tych dopiero snujących plany.
Teraz nie miało to znaczenia. Liczyło się jedynie to, by wrócić do domu, do dzieci i Wiktora. Wszystko inne było drugorzędne.