Katar
Stanisław Lem — Klasyka science fiction

Neapol – Rzym

Ostat­ni dzień wlókł mi się jak ża­den. Nie od tre­my. Nie ba­łem się. Nie było zresz­tą cze­go. Wciąż czu­łem się sam w róż­no­ję­zycz­nym tłu­mie. Nikt nie zwra­cał na mnie uwa­gi. Opie­ku­no­wie nie pcha­li mi się w oczy, zresz­tą na­wet ich nie zna­łem. A po­nie­waż nie wie­rzy­łem w klą­twę, któ­rą ścią­gam na sie­bie, śpiąc w pi­dża­mach Adam­sa, go­ląc się jego ma­szyn­ką i cho­dząc jego śla­da­mi nad za­to­ką, po­wi­nie­nem był czuć ulgę, że zrzu­cę na­za­jutrz fał­szy­wą skó­rę. Tak­że na dro­dze nie spo­dzie­wa­łem się żad­nej za­sadz­ki. Prze­cież i jemu włos nie spadł z gło­wy na au­to­stra­dzie. A je­dy­ną noc w Rzy­mie mia­łem spę­dzić pod szcze­gól­ną opie­ką. Mó­wi­łem so­bie, że to tyl­ko chęć skoń­cze­nia z ak­cją, bo oka­za­ła się nie­wy­pa­łem. Mó­wi­łem so­bie spo­ro roz­sąd­nych rze­czy, a jed­nak wy­ska­ki­wa­łem wciąż z po­rząd­ku dnia.