Po kąpieli miałem wrócić do „Vesuvia” o trzeciej, a już dwadzieścia po drugiej znalazłem się w pobliżu hotelu, jakby mnie tam coś gnało. W pokoju na pewno nic się nie mogło zdarzyć, chodziłem więc po ulicy. Otoczenie znałem na pamięć. Na rogu był zakład fryzjerski, dalej sklep tytoniowy, biuro podróży, od niego ciągnął się hotelowy parking wpuszczony w lukę między domami. Idąc za hotelem w górę, mijało się kaletnika, u którego Adams zeszył sobie urwany uchwyt walizki, i małe kino non stop. Omal nie wszedłem tam pierwszego wieczoru, bo różowe kule na plakacie wziąłem za planety. Tuż przed kasą dostrzegłem swój błąd. To był gigantyczny zadek. Teraz, w nieruchomym upale, poszedłem do rogu i wróciłem, skręciwszy koło przekupnia, który sprzedawał palone migdały. Zeszłoroczne kasztany już się skończyły. Napatrzywszy się fajkom, wszedłem do trafiki i kupiłem paczkę coolów, choć zwykle nie palę mentolowych. Przez uliczny hałas dochodziły z głośników kina stękania i charkoty niczym z rzeźni.