Katar
Stanisław Lem — Klasyka science fiction

Po ką­pie­li mia­łem wró­cić do „Ve­su­via” o trze­ciej, a już dwa­dzie­ścia po dru­giej zna­la­złem się w po­bli­żu ho­te­lu, jak­by mnie tam coś gna­ło. W po­ko­ju na pew­no nic się nie mo­gło zda­rzyć, cho­dzi­łem więc po uli­cy. Oto­cze­nie zna­łem na pa­mięć. Na rogu był za­kład fry­zjer­ski, da­lej sklep ty­to­nio­wy, biu­ro po­dró­ży, od nie­go cią­gnął się ho­te­lo­wy par­king wpusz­czo­ny w lukę mię­dzy do­ma­mi. Idąc za ho­te­lem w górę, mi­ja­ło się ka­let­ni­ka, u któ­re­go Adams ze­szył so­bie urwa­ny uchwyt wa­liz­ki, i małe kino non stop. Omal nie wsze­dłem tam pierw­sze­go wie­czo­ru, bo ró­żo­we kule na pla­ka­cie wzią­łem za pla­ne­ty. Tuż przed kasą do­strze­głem swój błąd. To był gi­gan­tycz­ny za­dek. Te­raz, w nie­ru­cho­mym upa­le, po­sze­dłem do rogu i wró­ci­łem, skrę­ciw­szy koło prze­kup­nia, któ­ry sprze­da­wał pa­lo­ne mig­da­ły. Ze­szło­rocz­ne kasz­ta­ny już się skoń­czy­ły. Na­pa­trzyw­szy się faj­kom, wsze­dłem do tra­fi­ki i ku­pi­łem pacz­kę co­olów, choć zwy­kle nie palę men­to­lo­wych. Przez ulicz­ny ha­łas do­cho­dzi­ły z gło­śni­ków kina stę­ka­nia i char­ko­ty ni­czym z rzeź­ni.