Katar
Stanisław Lem — Klasyka science fiction

Prze­ku­pień mig­da­łów po­pchnął swój wó­zek w cień pa­da­ją­cy od za­da­szo­ne­go pod­jaz­du „Ve­su­via”. Może był to kie­dyś wy­kwint­ny ho­tel, ale są­siedz­two świad­czy­ło o jego po­wol­nym upad­ku. Hall stał pra­wie pu­sty. Win­da była chłod­niej­sza od mego po­ko­ju. Przyj­rza­łem mu się kry­tycz­nie. Pa­ko­wać się w ta­kim skwa­rze zna­czy­ło ob­lać się po­tem, a wte­dy czuj­ni­ki nie będą trzy­ma­ły. Prze­nio­słem się z pa­ko­wa­niem do ła­zien­ki, w tym sta­rym ho­te­lu pra­wie tak du­żej jak po­kój. Ła­zien­ka też była dusz­na, ale mia­ła mar­mu­ro­wą pod­ło­gę. Wzią­łem tusz w wan­nie na lwich no­gach i umyśl­nie nie wy­tarł­szy się do su­cha, za­czą­łem ukła­dać rze­czy w wa­liz­kach, boso, żeby choć tak do­znać chło­du. W ne­se­se­rze na­tra­fi­łem na twar­de za­wi­niąt­ko. Re­wol­wer. Zu­peł­nie o nim za­po­mnia­łem. Naj­chęt­niej wrzu­cił­bym go pod wan­nę. Wło­ży­łem go na dno więk­szej wa­liz­ki pod ko­szu­le, wy­tar­łem sta­ran­nie skó­rę na pier­si i sta­ną­łem przed lu­strem, żeby za­ło­żyć czuj­ni­ki. Kie­dyś mia­łem w tych miej­scach zna­ki na cie­le, ale zni­kły. Wy­ma­ca­łem ko­niusz­ko­we ude­rze­nie ser­ca mię­dzy że­bra­mi dla pierw­szej elek­tro­dy.