Katar
Stanisław Lem — Klasyka science fiction

Każ­dy by tak po­stą­pił. Na pew­no bym tak zro­bił, gdy­bym zna­lazł się tu jako tu­ry­sta. Zro­bi­ło mi się go­rą­co. Po­wi­nie­nem był zo­stać, żeby wplą­tać się w to – je­śli było w co się wplą­tać! Prze­cież po to tu by­łem! Dia­bli! Co­raz usil­niej prze­ko­ny­wa­łem sie­bie, że do­praw­dy stra­ci­ła przy­tom­ność, i co­raz mniej by­łem tego pew­ny. Nie tyl­ko tego. Nie zo­sta­wia się w taki spo­sób han­dlo­we­go pa­wi­lo­nu, toż to pra­wie dom to­wa­ro­wy. Cho­ciaż ka­sjer­ka po­win­na tkwić na swo­im miej­scu. A kasa pu­sta. Co praw­da całe wnę­trze wi­dać na prze­strzał z ka­fej­ki, z dru­giej stro­ny wy­ko­pów. Któż mógł jed­nak wie­dzieć, że tu za­ja­dę? Nikt. A więc tak czy owak nie było to wy­mie­rzo­ne we mnie. Ano­ni­mo­wą ofia­rą mia­łem zo­stać? Czy­ją wła­ści­wie? Jak­że, sprze­daw­cy, ka­sjer­ka, dziew­czy­na – wszy­scy w tej sa­mej zmo­wie? To było mi już fan­ta­stycz­ne. Więc zwy­kły traf. I tak w kół­ko. Adams do­je­chał do Rzy­mu cały. I sam. A inni? Na­gle przy­po­mnia­łem so­bie kij gol­fo­wy w oplu. Moc­ny Boże, prze­cież ta­kie kije…