Katar
Stanisław Lem — Klasyka science fiction

Mo­gła po­czuć zwia­stu­ny i dla­te­go się za­trzy­ma­ła, a kie­dy we­szła do pa­wi­lo­nu, tra­ci­ła już przy­tom­ność. Stąd nie­wi­dzą­cy wzrok i owa­dzi ruch pal­ców dra­pią­cych koł­nie­rzyk. Ale mo­gła to być też sy­mu­la­cja. Nie za­uwa­ży­łem jej opla na tra­sie. Co praw­da nie by­łem zbyt uważ­ny, a ta­kich aut, bia­łych o kan­cia­stej li­nii, na­po­tka­łem spo­ro. Jak przez po­więk­sza­ją­ce szkło oglą­da­łem każ­dy za­pa­mię­ta­ny szcze­gół. W pa­wi­lo­nie mu­sia­ło być co naj­mniej dwóch, może i trzech sprze­daw­ców. Wszy­scy na­raz po­szli na drin­ka? Dziw­ne. Cho­ciaż co praw­da te­raz i to moż­li­we. Po­szli do ka­fej­ki, wie­dząc, że o tej po­rze nikt do pa­wi­lo­nu nie za­cho­dzi, a dziew­czy­na pod­je­cha­ła, bo wo­la­ła, żeby to ją na­szło tam, a nie na sta­cji, nie chcia­ła dać przed­sta­wie­nia chłop­com w kom­bi­ne­zo­nach Su­per­cor­te­mag­gio­re. Jak na­tu­ral­nie to się ukła­da­ło. Praw­da? A nie na­zbyt na­tu­ral­nie? Była sama. Kto w ta­kim po­ło­że­niu je­dzie sam? I co? Gdy­by się ock­nę­ła, nie od­pro­wa­dził­bym jej do auta. Sta­rał­bym się jej wy­per­swa­do­wać dal­szą jaz­dę. A więc? Ra­dził­bym zo­sta­wić opla i prze­siąść się do mnie.