1
Dryfowała z rozłożonymi ramionami, oblewała ją woda. Wdychała zapach soli i kokosu, nieodmiennie kojarzący się z latem. W ustach pozostał jeszcze przyjemny smak śniadania: bekonu, kawy i być może croissantów. Zadarła brodę. Poranne słońce mocno odbijało się od lustra wody, musiała przymrużyć oczy, żeby popatrzeć na stopy. Każdy palec miała pomalowany na inny kolor. Czerwony. Złoty. Fioletowy. Dziwne. Lakier był nałożony nierówno, wychodził poza paznokieć. Obok niej na wodzie dryfował ktoś jeszcze. Ktoś, kogo bardzo lubiła. Kto zawsze potrafił ją rozśmieszyć. Kto miał paznokcie pomalowane identycznie jak ona. Kto poruszył teraz różnokolorowymi palcami, jakby się do niej uśmiechał. Ogarnęły ją senność i błogie rozleniwienie. Gdzieś z oddali dobiegło głośne: „Marco?”, a chór dziecięcych głosów odkrzyknął: „Polo!”. Mężczyzna powtórzył: „Marco, Marco, Marco?”, a głosy odpowiedziały: „Polo, Polo, Polo!”. Jakieś dziecko się roześmiało. Beztroski śmiech niósł się w powietrzu niczym bańki mydlane.
– Alice? – usłyszała przy uchu cichy, natarczywy głos.
Odchyliła głowę, pozwalając, by chłodna woda bezszelestnie zamknęła się nad twarzą.
Przed oczami tańczyły jej iskierki światła.