– Nie wie, co jadłaś – wtrąciła się Jane. – Próbuje tylko ustalić, czy pamiętasz, co to było.
Rękaw ciśnieniomierza zaciskał się wokół ramienia Alice.
George usiadł na piętach.
– Bądź tak miła, Alice, i zechciej powiedzieć, jak się nazywa nasz zacny premier?
– John Howard. – Miała nadzieję, że to ostatnie pytanie z polityki, bo ta stanowiła jej piętę achillesową i nieodmiennie budziła w niej przerażenie.
Jane prychnęła z mieszanką pogardy i rozbawienia.
– Och. Przecież chyba wciąż jest premierem, prawda? – Alice najchętniej zapadłaby się pod ziemię. Latami będą jej to wypominać. Och, Alice, naprawdę nie znasz nazwiska premiera? Czyżbyś przeoczyła wybory? – Jestem przekonana, że nim jest.
– A który mamy rok? – George nie wydawał się tym poruszony.
– Tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiąty ósmy – odparła pewnie Alice. Tu nie miała cienia wątpliwości. Dziecko urodzi się w przyszłym, dziewięćdziesiątym dziewiątym.
Jane zakryła usta dłonią. George chciał coś powiedzieć, ale go powstrzymała. Położyła rękę na ramieniu Alice i bacznie się jej przyglądała oczami okrągłymi z podniecenia. Na koniuszkach rzęs drżały drobinki tuszu. Połączenie lawendowego dezodorantu i czosnkowego oddechu zwalało z nóg.