Komeda
Magdalena Grzebałkowska — Literatura faktu

Dziesięć tysięcy. Tylu fanów jazzu spodziewają się organizatorzy festiwalu.

Od trzydziestu do sześćdziesięciu tysięcy. Tylu przyjedzie. Dane będą niepewne, bo przybyłych nikt nigdy dokładnie nie policzy.

Czterdzieści cztery tysiące. Tylu ludzi mieszka w Sopocie na stałe w 1956 roku.

Tygodnik „Przekrój” zachęca: „Sprzedaj ostatnią koszulę, zastaw klipsy (jeśli jesteś kobietą, a lubisz jazz) i przybądź do Sopotu!”.

Miasto się zatyka. Brakuje miejsc w hotelach, właściciele kwater prywatnych przyjmują po kilka osób do jednego pokoju. Ludzie koczują na trawnikach, rezerwują kosze na plaży, rozkładają koce na wydmach.

Karnetów (po 70, 105 i 140 złotych) upoważniających do wejścia na wszystkie imprezy festiwalu w kasach Orbisu już brak. Kończą się bilety na pojedyncze wejścia.

Milicja odnotowuje napływ „niebieskich ptaków” i „spekulantów biletowych”.

Jest chłodno, czasem siąpi deszcz.

*

Do Sopotu jadą też jazzmani.