Lekarz, z dopiero zapuszczoną jasną bródką, zasiada przy fortepianie. Patrzy spokojnie na swój zespół.
Zaczynają utworem Champ z repertuaru Dizzy’ego Gillespiego*.
Plastyk zapamięta:
– Nogi wibrafonu to były skrzyżowane pręty, pośrodku wzmocnione śrubami. Jak się ostro grało, to śruby puszczały i instrument zaczynał osiadać. A ja z nim, coraz niżej, w końcu grałem w przysiadzie. Tak też się zdarzyło w Sopocie. A do tego stanął silnik wibrafonu. Musieliśmy przerwać.
Wezwany elektryk naprawia silnik i skręca nogi instrumentu, zespół czeka na scenie.
Leopold Tyrmand znów staje przed mikrofonem: „Raz jeszcze przepraszamy za wypadek z wibrafonem, ale gdyby państwo wiedzieli, w drodze jakich wyrzeczeń zespół go zdobył, nie byłoby dla nikogo dziwnym, że ma się prawo psuć”[16].
Publiczność jest wyrozumiała (z poradnika: „Nie obrzucaj organizatorów festiwalu przekleństwami w rodzaju »Cholera by ich wzięła za taki bałagan!« (...). Nie mieli przecież żadnych doświadczeń”).
Sekstet Komedy wraca do gry. Po Love Me or Leave Me z repertuaru Gerry’ego Mulligana czas na Memory of Bach.
Tyrmand krótko: „Utwór eksperymentalny oparty na fudze Bacha”.
Grają siedem minut, bez saksofonów.