Kongres futurologiczny
Stanisław Lem — Klasyka science fiction

Jak wia­do­mo, ucze­ni dzie­lą się dziś na sta­cjo­nar­nych i jeż­dżą­cych. Sta­cjo­nar­ni po sta­re­mu pro­wa­dzą róż­ne ba­da­nia, jeż­dżą­cy zaś uczest­ni­czą we wszech­moż­li­wych kon­fe­ren­cjach i kon­gre­sach mię­dzy­na­ro­do­wych. Uczo­ne­go tej dru­giej gru­py ła­two roz­po­znać: w kla­pie nosi za­wsze małą wi­zy­tów­kę z wła­snym na­zwi­skiem i stop­niem na­uko­wym, w kie­sze­ni – roz­kła­dy jaz­dy li­nii lot­ni­czych, pod­pa­su­je się ścią­ga­czem bez czę­ści me­ta­lo­wych, a tak­że jego tecz­ka za­my­ka się na pla­sty­ko­wy za­trzask – wszyst­ko, aby nie uru­cha­miać nie­po­trzeb­nie alar­mo­wej sy­re­ny urzą­dze­nia, któ­re na lot­ni­sku prze­świe­tla po­dróż­nych i wy­kry­wa broń siecz­ną oraz pal­ną. Uczo­ny taki fa­cho­wą li­te­ra­tu­rę stu­diu­je w au­to­bu­sach li­nii lot­ni­czych, w po­cze­kal­niach, w sa­mo­lo­tach i w ho­te­lo­wych ba­rach. Nie zna­jąc, dla zro­zu­mia­łych przy­czyn, wie­lu oso­bli­wo­ści ziem­skiej kul­tu­ry lat ostat­nich, wy­wo­ła­łem w Bang­ko­ku, w Ate­nach i w sa­mej Co­sta­ri­ca­nie alar­my na lot­ni­sku, cze­mu nie mo­głem za­po­biec w porę, po­nie­waż mam sześć me­ta­lo­wych plomb (z amal­ga­ma­tu).