– Widzisz, jakim jestem złośliwym staruchem. Nie dość, że byłeś u mnie dziś rano, to wzywam cię znów wieczorem – syk wydychanego przez Mocka powietrza przybrał głębszy ton. – Ale wybaczysz mi z pewnością, kiedy ci powiem, że chciałem pochwalić się przed tobą nową pielęgniarką. Jest zmienniczką tej, którą spotykasz tu co rano. Jak ci się podoba? Tydzień temu skończyła szkołę pielęgniarską. Ma na imię Eva.
– Godna tego imienia – Anwaldt usadowił się wygodnie w fotelu. – Niejednego by skusiła swoimi rajskimi jabłkami.
Śmiech Mocka świstał przez dłuższą chwilę. Zwiotczała skóra napięła się na jego kościach policzkowych. Smugi reflektorów samochodowych przesunęły się po ścianach sypialni i na moment wydobyły z półmroku wiszący na jednej z nich i oprawiony w ramy plan jakiegoś miasta rozciętego szeroką i poszarpaną wstęgą rzeki.
– Skąd ci przyszło do głowy to biblijne porównanie? – Mock uważnie spojrzał na Anwaldta. – Pewnie z powodu księdza.
Zapadło milczenie. Siostra Eva odkręciła w łazience kurek od wody.
Anwaldt wahał się przez chwilę i wykręcał nerwowo palce. Potem rozłożył gazetę.