Koniec świata w Breslau
Marek Krajewski — Kryminały

Anwaldt ruszył na górę, lecz w połowie schodów zawrócił. Zdziwiony ksiądz Cupaiuolo obserwował, jak Anwaldt podchodzi do wieszaka i wyciąga z kieszeni płaszcza gazetę. Ksiądz przekrzywił głowę i przeczytał niemiecki tytuł. „Co to może znaczyć »Süddeutsche«? – zastanawiał się przez chwilę i usiłował kartkować w wyobraźni niewielki zeszyt wypełniany niegdyś przez niego niemieckimi słówkami – deutsche to niemiecki, ale süd? Co to jest?”

Myśli księdza oderwały się od niemczyzny i kiedy Anwaldt wchodził na szczyt schodów, powróciły do problemów, jakich mu nie szczędzili jego portorykańscy parafianie. Z łazienki dochodziły odgłosy torsji i bulgotanie instalacji klozetowej. Anwaldt lekko uchylił drzwi do sypialni. Smuga światła rozcięła na pół łóżko. Głowa Mocka spoczywała na szczycie białej góry poduszek. Obok posłania stały kroplówka i stolik zawalony lekarstwami. Wysmukłe buteleczki w pergaminowych kapturkach sąsiadowały z przysadzistymi słoikami pełnymi tabletek. Mock poruszył pokłutą igłami dłonią i rzucił Anwaldtowi ironiczny uśmieszek.