Kontrakt Jacksona
J. T. Geissinger — Literatura

JEDEN

BIANCA

Pierwszy raz, kiedy mój wzrok spoczął na człowieku, którego w całym stanie Luizjana nazywano Bestią, pomyślałam, że nie mógł być tak zły, jak głosiła jego reputacja.

Okazało się, że byłam w błędzie.

Był jeszcze gorszy.

Ubrany cały na czarno, stał górując o głowę nad wszystkimi, a ramiona miał tak szerokie, że rzucały złowieszczy cień na drewnianą podłogę. Jackson Boudreaux lustrował gwarną salę jadalną mojej restauracji z wyrazem twarzy króla, który zaszczycił swoją obecnością wioskę biedoty skażonej jakąś plagą.

Usta miał wykrzywione. Oczy zwężone. Nos trzymał tak wysoko, że zastanawiałam się, czy gdyby zaczął lać deszcz, uniknąłby utonięcia.

– Łoo Panie, trafił nam się wilkołak! Dawaj czosnek!

Stojąca obok mnie przy kuchence moja sous chef Ambrosine uczyniła znak krzyża nad swoją pokaźną klatką piersiową, kiedy zerkała przez szklaną ścianę na mężczyznę w czerni. Eeny, jak pieszczotliwie nazywali ją ci, którzy ją znali, była emerytowaną kapłanką voodoo, z kolekcją przesądów prawie tak barwną jak jej afrykańskie kaftany z plemiennymi wzorami.