– Czosnek działa na wampiry, nie na wilkołaki, Eeny – powiedziałam, spoglądając ponad stolikami w stronę stanowiska hostessy na przedzie restauracji, gdzie stał mężczyzna otoczony chmurami burzowymi, wpatrujący się groźnie w hostessę, Pepper. Biedna dziewczyna z każdą chwilą wyraźnie kurczyła się w sobie pod ciężarem jego spojrzenia.
Przebłysk irytacji sprawił, że zmarszczyłam brwi.
To był pierwszy i najłagodniejszy taki przebłysk tego wieczora.
– To żaden wilkołak ani wampir – burknął głos po mojej prawej.
Zerknęłam na mojego cukiernika. Hoyt był ponad siedemdziesięcioletnim potomkiem francuskich osadników z akcentem cięższym niż błoto z zalewu, szpakowatą brodą i artretycznymi rękami, które wciąż potrafiły stworzyć najlepsze ciasta w Nowym Orleanie. Wskazał podbródkiem na nowoprzybyłego, po czym skierował uwagę na wielką kulę ciasta, leżącą na obsypanej mąką, drewnianej stolnicy na blacie przed nim.
– Rozpoznaję jego twarz z gazet – powiedział Hoyt. – Tam stoi boodoo tȇte de cabri, pan Burbon1 Boudreaux Jr. we własnej osobie.
– Niech mnie drzwi ścisną – powiedziałam z paniką.