Z nastaniem świtu starszy z braci, Przemysł, wstał sprzed ołtarza i zgasił świecę. W szarej smudze budzącego się dnia czekał, aż skończy się modlić młodszy. Bolesław jednak wciąż jeszcze rytmicznie powtarzał psalmy. Dopiero gdy słońce wpadło przez wąskie okno warownej wieży joannitów, podniósł się z kolan, przeżegnał i potarł zmęczone czuwaniem powieki. Przemysł podał mu kosztownie zdobioną pochwę, a Bolesław włożył do niej — swój od tej chwili — miecz. Agnus Dei. Starszy brat przypasał go młodszemu. Lwy na ich płaszczach zaryczały, wyprężając piersi. Puścił jeden splot szwu starego gobelinu i głowa Jana Chrzciciela zakołysała się na tacy.
W obozowisku rycerstwa Starszej Polski dogasały ogniska. Straże czuwały, psy niepilnowane przez śpiącą służbę ogryzały kości i wylizywały miski po nocnej uczcie. Było bezwietrznie, chorągwie na szczytach namiotów zwisały, sennie owijając się wokół drzewców.