Była to nie tylko najmocniejsza, lecz prawdopodobnie również najdłuższa wypowiedź, jaką kiedykolwiek usłyszałem z ust ojca. Carl się rozpłakał, a mnie, cholera, też w gardle urosła kula.
– A teraz pójdziemy i powiemy o wszystkim mamie.
Baliśmy się tego. Za każdym razem, kiedy ojciec zarzynał kozę, mama musiała iść na długi spacer i wracała z czerwonymi oczami.
W drodze do domu tata na chwilę mnie zatrzymał, abyśmy oddalili się nieco od Carla.
– Zanim mama usłyszy tę wersję, lepiej byłoby, żebyś staranniej umył ręce – powiedział.
Podniosłem głowę, gotów na to, co musiało nastąpić, ale na jego twarzy dostrzegłem jedynie łagodność i zmęczoną rezygnację. A potem ojciec pogłaskał mnie po głowie. Nie przypominałem sobie, żeby zrobił to kiedykolwiek wcześniej. I nigdy później.
– Ty i ja jesteśmy tacy sami, Roy. Twardsi od takich jak mama i Carl. Dlatego musimy się nimi opiekować. Zawsze. Rozumiesz?
– Tak.
– Jesteśmy rodziną. Mamy siebie i nikogo poza tym. Przyjaciele, kochanki, sąsiedzi, współmieszkańcy z wioski, państwo – wszystko to iluzja, gówno warta w dniu, w którym dzieją się rzeczy naprawdę ważne. Wtedy musimy stanąć przeciwko wszystkim, Roy. My przeciwko absolutnie wszystkim. Okej?
– Okej.