Sobota
STAŁ I PATRZYŁ NA FOTOGRAFIE. Wiedział, że Vivian jest na niego zła o to, że nie idą na przyjęcie, ale nie potrafił się przemóc. Czas w końcu go doścignął i zmusił do poszukania prawdy, co pewnie należało zrobić dawno temu.
To, co się wtedy wydarzyło, ciążyło mu przez lata, jak kamień młyński uwiązany u szyi. Bał się pytań, odpowiedzi i wszystkiego, co pomiędzy nimi. Wybory, których dokonał, uformowały go jako człowieka. A to, co teraz widział w lustrze, nie przydawało chluby. Bo decyzja, aby żyć z przepaską na oczach, nigdy nie przynosi chluby. W końcu zmusił się, żeby ją zedrzeć. I działać, wychodząc od tego, co zobaczył.
Powoli, ostrożnie wyjmował oprawione fotografie, jedną za drugą, ustawił tak pod ścianą i policzył do szesnastu. Były wszystkie.