Trześniowy
Dunaj wyje. A one już tu są, takie, jakie je pamiętam – głodne, ruchliwe. Błyszczą, jakby ich skrzydła polano benzyną, mieni się na nich fiolet, błękit, czerwień, żółć.
Stado krąży nad wsią.
Czerwiec wpuścił w siebie wiele słońca, już u jego początków owoce trześniowych drzew są słodkie.
Dziadek, który unika choroby babki, dla którego ceremonie wokół choroby są obce, on, który nie chce nic o chorobie wiedzieć, niczego w chorobie dotykać, obserwuje z werandy, w jaki sposób szpaki zniżają lot nad sadem.
Uderza metalowym prętem w aluminiową kankę na mleko. Rozdudnia się od tego w dolinie.
Przyglądam mu się. I w nim musi dudnić, ciało mu drży, ma skórę podobną do skóry mężczyzn zamieszkujących Łuk Karpat, myślę. Spiż. Heban.
Szpaki zrywają się do lotu, jest ich nawał. Przefruwając nad domem, rzucają cień na podłogę zachodniego pokoju, tego, który w chłodne miesiące grzeje żeliwny piecyk.
Po chwili wracają nad sad.
Są uparte.
Kolejne uderzenia w metal wprawiają je w nerwowe podrygi. Dudnienie utrzymuje je w locie.
Dziadek robi przerwę na papierosa. One wykorzystują ciszę i lądują na rozłożystym drzewie. Napychają niewielkie ciała owocami.
Nauczyły się już rozpoznawać ciszę, mówię do Ann.