Łakome
Lebda Małgorzata — Literatura piękna polska

Tak, przytakuje.

Ann jest tu jasnością. Interesuje się światłem i sama nim jest. Rankiem dotarła tutaj, prosto w ciepły Maj, z dalekiego kraju. Jest w niej jeszcze podróż. Jest w niej jeszcze zapach nie stąd – frezja, paczula. Stoi ze mną na werandzie i przyzwyczaja wzrok do wczesnego lata.

Jej oczy podążają za światłem.

Ann zna się na świetle.

Bada światło.

Poluje na światło.

Wróży ze światła.

Dotykam palcami jej dekoltu, tam, gdzie ros­ną gwiazdozbiory pieprzyków.

Ann mówi: Trzeba je zliczyć.

Dobrze, odpowiadam.

W dzieciństwie liczyłam babce znamiona. Niewiele ukrywała przede mną. Pozwalała mi liczyć punkciki, które pokrywały jej plecy, a także te w okolicach piersi. Wpuszczała mój wzrok w zakamarki takie jak małżowina uszna czy zgięcia łokci.

Jesteś też z mojego ciała, mówiła.

Przechodzimy z werandy do zachodniego pokoju. Słychać melodię wygrywaną przez dziadka. Babka obserwuje cień ptasiego stada. Podnosi wychudłą dłoń, jakby zgłaszała się do odpowiedzi.

Tam, mówi i wskazuje szafę.

Prosi o wyjęcie z niej letnich sukienek. Dziwi mnie to. Na co dzień ubiera się w piżamy, które kupuję jej na rynku pobliskiego miasteczka, Starego Sadu. Lubi te w kolorze pudrowej mięty.