Tak, przytakuje.
Ann jest tu jasnością. Interesuje się światłem i sama nim jest. Rankiem dotarła tutaj, prosto w ciepły Maj, z dalekiego kraju. Jest w niej jeszcze podróż. Jest w niej jeszcze zapach nie stąd – frezja, paczula. Stoi ze mną na werandzie i przyzwyczaja wzrok do wczesnego lata.
Jej oczy podążają za światłem.
Ann zna się na świetle.
Bada światło.
Poluje na światło.
Wróży ze światła.
Dotykam palcami jej dekoltu, tam, gdzie rosną gwiazdozbiory pieprzyków.
Ann mówi: Trzeba je zliczyć.
Dobrze, odpowiadam.
W dzieciństwie liczyłam babce znamiona. Niewiele ukrywała przede mną. Pozwalała mi liczyć punkciki, które pokrywały jej plecy, a także te w okolicach piersi. Wpuszczała mój wzrok w zakamarki takie jak małżowina uszna czy zgięcia łokci.
Jesteś też z mojego ciała, mówiła.
Przechodzimy z werandy do zachodniego pokoju. Słychać melodię wygrywaną przez dziadka. Babka obserwuje cień ptasiego stada. Podnosi wychudłą dłoń, jakby zgłaszała się do odpowiedzi.
Tam, mówi i wskazuje szafę.
Prosi o wyjęcie z niej letnich sukienek. Dziwi mnie to. Na co dzień ubiera się w piżamy, które kupuję jej na rynku pobliskiego miasteczka, Starego Sadu. Lubi te w kolorze pudrowej mięty.